susza 2009-10-08 02:28:32

Za oknem deszczowa wiosna, w górach śnieg, a kulinarnie - posucha. Wielka Wyprawa Pustynna, sześć tysięcy kilometrów i dwa razy więcej wrażeń w osiem dni, upał, muchy, polowy sprzęt - okazało się, że da się jeść fasolkę z puszki i glutaminianowe zupki,



ale z prawdziwą przyjemnością rozpieszczaliśmy się przy śniadaniach,



a z jeszcze większą wróclismy do cywilizacji.

A teraz przeprowadzkowy zamęt, czyli wyjadanie resztek, na przykład kiszonej kapusty zamienionej na farsz w pierogach




Tagi: pierogi

skomentuj (0)

dżem z pigwy 2009-09-07 02:02:01

Pigwy nie da się chyba jeść na surowo. Ale za to jest przepyszna w przetworach. Po zeszłorocznych, bardzo udanych, próbach z nalewką pigwową, zdecydowałam się na zrobienie dżemu.

Jest dość słodki, ale jednocześnie kwaśno-cierpki i idealnie nadaje się do smarowania ciepłych, wyjętych prosto z piekarnika scones, ale równie dobrze komponuje się z fetą albo innym pikantnym serem. Podobno można go tak odparować, że po wystudzeniu da się kroić na plastry. Ale u nas sprawdził się najlepiej jako jedna z warstw czekoladowego tortu.

Kupiłam 8 sporych pigw (pewnie ok. 2 kg) i zanim się zabrałam za ich przetwarzanie, leżały sobie i pachniały.
Zasada jest prosta – obrane pigwy, bez gniazd nasiennych, gotuje się do miękkości, miksuje albo przeciera prze sito, choć ja nie zrobiłam tego, bo jestem zbyt leniwa, a w dodatku nie mam jeszcze miksera w moim raczkującym gospodarstwie domowym, waży się i dosypuje tyle cukru, ile waży pigwowe puree. Ja oczywiście dosypałam na smak (wagi też nie mam) – 2 szklanki. Smaży się powoli dalej, mieszając, żeby masa się nie przypaliła, kolor zmienia się na pięknie karmelowy, a dżem gęstnieje. Dodałam szczyptę cynamonu i pół cytryny pokrojonej na kawałki, którą przy końcu smażenia wyjęłam. Żeby nie męczyć się za bardzo z obieraniem, można pigwy podpiec w piekarniku aż będą miękkie.

Gotowy dżem można nakładać do wyparzonych słoików, (albo raczej - słoika) a jeśli miało się mnóstwo czasu i cierpliwości stał się bardzo gęsty i można go rozsmarować na grubość 1,5 cm, a po wystudzeniu pokroić na kwadraty – da się przechowywać w lodówce ok. miesiąca i jest świetnym składnikiem „koreczków”.


Tagi: dżem, śniadanie, słodkie, przetwory, podwieczorek, pigwa

skomentuj (3)

scones bakaliowe 2009-09-07 01:58:10

Scones to angielskie półsłodkie bułeczki podawane na snobistycznych herbatkach, ale tu bardzo popularne w zwykłych piekarniach i na śniadaniowych talerzach. Eksperymentowałam już ze scones czekoladowymi, bakaliowymi i cytrynowymi (ze skórką cytrynową), ale najlepiej sprawdzają się bakaliowe. Najlepiej jeść je gorące, smarując ulubionym dżemem (np. pigwowym) i śmietaną. To klasyka. Ale nam smakują również bez dodatków.

Według mojej metody, której bazą jest przepis z telewizji, wychodzą dość zwarte pół-bułeczki, pół-ciastka, ale uwielbiamy je, szczególnie, że można się bez trudu rozgrzeszyć ze zjedzenia ogromnej porcji, bo używam mąki razowej. Wiem, złudne.

Do zrobienia ok. 12 sztuk (5 cm średnicy) potrzeba:

2 szkl. mąki – razowej albo zwykłej (będą pulchniejsze)
100 ml mleka
100 ml dość tłustej, niezbyt kwaśnej śmietany (18%) – z tą tłustością mam tu problem, bo śmietana light ma ok. 20% tłuszczu, a zwykła, której najczęściej używam – 37%. I to nie jest kremówka, tylko kwaśna śmietana. Modyfikuję więc proporcje mleka i śmietany wg tego, jaką śmietanę mam właśnie w lodówce
1 jajko
2 łyżki cukru
4 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
2
/3 szkl. suszonych owoców – rodzynek, pociętych moreli, żurawin

Początek jest trochę podobny do przygotowania muffinów - mieszam suche składniki (mąkę, proszek do pieczenia, cukier i bakalie), osobno roztrzepuję jajko i dodaję śmietanę i mleko (w kubku, wtedy nie odmierzam objętości, tylko dodaję „na oko” śmietanę i uzupełniam mlekiem prawie do końca) i wlewam mokre składniki do suchych (warto zostawić odrobinę mokrych do posmarowania wyciętych scones). Konsystencja jest dużo bardziej gęsta, więc najpierw mieszam łyżką, a później wyrabiam rękami, dodając mąki albo mleka jeśli potrzeba. Gdy powstanie zwarta, ale miękka kula, rozwałkowuję ją na omączonym blacie na grubość ok. 2 cm i wycinam szklanką kółka. Smaruję resztką mleczno-jajecznej mieszaniny, rozkładam na blasze wyłożonej pergaminem i piekę 12-15 minut w temperaturze ok. 200 st. To nasz śniadaniowy i podwieczorkowy hit.


Tagi: proste, szybkie, wypieki, śniadanie, słodkie, bakalie, scones, podwieczorek

skomentuj (0)

muffiny rybopodobne 2009-09-06 13:03:10

Żeby zakończyć wątek rybny - trzeciego dnia przeszłam do wypieków. Ponieważ przepis na muffiny jest tak cudownie modyfikowalny, zignorowałam wskazówki ze Zwierciadła i upiekłam moją wersję babeczek.

Jak w każdym muffinowym przepisie istotą jest wymieszanie osobno suchych składników, osobno mokrych, dość niedbałe połączenie obu zestawów, przełożenie do foremek i pieczenie – prostota w czystej formie.

na 12 rybnych (lub rybopodobnych) muffinów:

*suche
300 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
1 łyżka suszonych ziół

*mokre
2 roztrzepane widelcem jajka
150-200 g posiekanych drobno paluszków surimi albo mięsa krabów (może być mniej)
1 szkl. mleka
3 łyżki oliwy

połączyć – przełożyć do foremek – piec ok. 25-30 minut w temperaturze 180-200 st. - GOTOWE

 

Tagi: proste, muffiny, wypieki, surimi, podwieczorek

skomentuj (0)

ceviche 2009-08-30 05:24:28

Od dawna miałam już ochotę na wypróbowanie tego południowoamerykańskiego sposobu na rybę, o którym przeczytałam wieki temu w Wysokich Obcasach (przepisy Agnieszki Kręglickiej, często modyfikowane, są podstawą mojego gotowania) i nasz rybny tydzień świetnie się do tego nadaje.
Podobno jest to danie narodowe Ekwadorczyków, Peruwiańczyków i Meksykanów i ma swoje wersje narodowe oraz, jak to zazwyczaj bywa z klasykami (patrz: bigos), domowe - każdy z poczuciem nieomylności twierdzi, że wie jaki jest jedyny słuszny sposób ich przyrządzania.
Zasadą jest marynowanie kawałków ryby lub owoców morza w soku z cytrusów (limonki to klasyka, ale cytryna, pomarańcze i grejpfruty działają tak samo) – kwaśny sos zabija szkodliwe mikroorganizmy i ścina białko. Do ceviche nadają się świeże i mrożone ryby, czas marynowania zależy od wielkości kawałków i gatunku, więc najlepiej kierować się wyglądem – mięso z różowawo-przezroczystego staje się białe. Po zimnym „ugotowaniu” dodaje się resztę składników sałatki – cebulę, chilli albo jalapeño, warzywa (paprykę, pomidory, awokado, ogórek), zieleninę, owoce (melon, mango) i na koniec doprawia odrobiną oliwy.

A to nasza wersja, którą pochłonęliśmy na pierwsze i drugie śniadanie

300-400 g ryby (u nas znowu hoki czyli błękitny grenadier)
sok z 3 cytryn i 2 pomarańczy (ok. 300 ml)
starta skórka z 1 cytryny
pół pęczka kolendry (albo pietruszki)
1 pomidor
1 awokado – niezbyt miękkie, ale bez obaw – w Polsce chyba nie da się kupić naprawdę miękkiego awokado
pół cebuli
sól, pieprz, szczypta kruszonego chilli, oliwa

Rybę pokrojoną w kawałki podobnej wielkości zalałam sokiem ze skórkami cytrynowymi, tak żeby ryba była w całości przykryta, posoliłam i wstawiłam na noc do lodówki (choć powinno wystarczyć 6 godzin). Warto całość co jakiś czas przemieszać i z tego powodu marynowanie w ciągu dnia jest sensowniejsze, ale żeby zjeść ceviche na śniadanie, pozostaje noc.
Rano odlałam sok, nazywany leche de tigre i wypijany przez smakoszy, jednym z których okazał się (d), dodałam posiekaną drobno cebulę, chilli, pokrojone w kawałki pomidory i awokado, posiekaną kolendrę i po wymieszaniu i nałożeniu do miseczek doprawiłam solą, pieprzem i oliwą.
Zaczęłam z nieufnością, ale sałatka okazała się przepyszna – rybny smak nie był zbyt dominujący, a połączenie cytrusowej kwaśności z pikantnym chilli – hmmmm ...

Tagi: sałatka, ryba, przekąska, ceviche

skomentuj (0)

grenadier w sosie śmietanowym 2009-08-28 06:31:26

 

Dawno nie jedliśmy ryb, a ponieważ w świeżutkim wydaniu Zwierciadła znalazłam kilka rybnych przepisów, zaszaleliśmy i zainicjowaliśmy rybny tydzień. Po ustaleniu menu na kilka najbliższych dni i zrobieniu zakupów, zaryzykowałam moje kulinarne dobre imię i odważyłam się wspiąć na jeden poziom wyżej.

*na 6 rybnych roladek potrzeba:
300 g filetów z białej ryby (oryginalnie był sandacz, ale tu łatwiejszy do kupienia jest właśnie grenadier)
kilka plastrów wędzonej szynki lub cienko pokrojonego wędzonego boczku
pół cytryny
kilka gałązek ziół – tymianku, szałwii lub kolendry
sól, pieprz

 

1 łyżka masła

*na sos
100 ml gęstej śmietany – ja użyłam kwaśnej, ale może być też słodka
150 ml białego wina
kilka szczypiorkowych ździebeł (łodyg? pędów?)


Pocięłam filety w dość cienkie plastry wielkością odpowiadające plastrom boczku, a właściwie nieco mniejsze, przyprawiłam solą i pieprzem (bez przesady, bo boczek jest słony). Każdy filet ułożyłam na plastrze wędliny, na nim dwa cienkie plasterki cytryny (ze skórką) oraz zioła i zwinęłam spinając wykałaczkami. Roladki obsmażyłam na maśle ze wszystkich stron - niestety boczek trochę się rozpada, więc namęczyłam się, żeby wszystko trzymało się razem, pewnie szynka byłaby lepsza. Następnie dolałam wino i pozwoliłam dusić się roladom ok. 5 minut, po czym zdjęłam je na chwilę z patelni, dodałam śmietanę ze szczypiorkiem (jeśli śmietana jest rzadka, to można przed dodaniem na patelnię wymieszać ją z odrobiną mąki), wymieszałam wszystko do gładkiej konsystencji i z powrotem włożyłam ryby. Teraz już tylko sos powinien się trochę zredukować.

W tak zwanym międzyczasie ugotowałam ryż – w niewielkiej ilości osolonej wody (tak aby ją wchłonął) przyprawionej mieszanką korzenną i wystrugałam cienkie paseczki z marchewek – do tego dania pasują wyjątkowo proste jarzyny kontrastujące z rybą swoją chrupkością.

Całość była niewspółmiernie efektowna do wysiłku i czasu włożonego w przygotowanie. Tylko trzeba się odważyć.

Tagi: danie główne, ryba, śmietana, sos, grenadier

skomentuj (1)

dynia 2009-08-23 16:03:21

Uwielbiam dynię, ale zawsze do rozpaczy doprowadzało mnie jej obieranie, bo jest strasznie twarda. Obeszłam problem piekąc ją razem ze skórą – obiera się dużo łatwiej, ale trzeba uważać, bo ja około połowy zjadam zanim zamienię ją na - powiedzmy - zupę.

Najprostsza wersja to po prostu pieczona dynia zamiast ziemniaków do obiadu.
Ok. kilograma dyni (ja kupuje po prostu kawał, który na oko wydaje mi się odpowiedni), myję, kroję na dość cienkie półksiężyce (to najcięższe zadanie, przydaje się bardzo ostry i duży nóż, albo silny mężczyzna), mniejszym nożem wykrawam miąższ z pestkami, kładę na blasze, smaruję oliwą, posypuje solą i pieprzem i po 30-40 minutach pieczenia w temperaturze ok. 180 stopni – dynia gotowa.

Żeby nie marnować za dużo cennej energii cieplnej, w tym samym czasie piekę czasem ziemniaki w plasterkach (wkładam do piekarnika surowe) i paprykę (dokładam później, żeby się nie przypaliła). Dla aromatu na blachę dorzucam kilka ząbków czosnku w łupinkach – nie pali się i nie smakuje zbyt intensywnie.

Takie plastry dyni wyglądają na talerzu niesamowicie kolorowo. A skórkę odkrawamy na talerzu – banalnie proste.

Tagi: danie główne, dynia

skomentuj (0)

Księga Gości
mi
login

mimarta
mimarta