Za oknem deszczowa wiosna, w górach śnieg, a kulinarnie - posucha.
Wielka Wyprawa Pustynna, sześć tysięcy kilometrów i dwa razy więcej
wrażeń w osiem dni, upał, muchy, polowy sprzęt - okazało się, że da się
jeść fasolkę z puszki i glutaminianowe zupki,

ale z prawdziwą przyjemnością rozpieszczaliśmy się przy śniadaniach,

a z jeszcze większą wróclismy do cywilizacji.
A teraz przeprowadzkowy zamęt, czyli wyjadanie resztek, na przykład kiszonej kapusty zamienionej na farsz w pierogach

Tagi: pierogi
skomentuj (0)
Pigwy
nie da się chyba jeść na surowo. Ale za to jest przepyszna w
przetworach. Po zeszłorocznych, bardzo udanych, próbach z nalewką
pigwową, zdecydowałam się na zrobienie dżemu.
Jest dość
słodki, ale jednocześnie kwaśno-cierpki i idealnie nadaje się do
smarowania ciepłych, wyjętych prosto z piekarnika scones, ale
równie dobrze komponuje się z fetą albo innym pikantnym serem.
Podobno można go tak odparować, że po wystudzeniu da się kroić
na plastry. Ale u nas sprawdził się najlepiej jako jedna z warstw
czekoladowego tortu.
Kupiłam
8 sporych pigw (pewnie ok. 2 kg) i zanim się zabrałam za ich
przetwarzanie, leżały sobie i pachniały.
Zasada
jest prosta – obrane pigwy, bez gniazd nasiennych, gotuje się do
miękkości, miksuje albo przeciera prze sito, choć ja nie zrobiłam
tego, bo jestem zbyt leniwa, a w dodatku nie mam jeszcze miksera w
moim raczkującym gospodarstwie domowym, waży się i dosypuje tyle
cukru, ile waży pigwowe puree. Ja oczywiście dosypałam na smak
(wagi też nie mam) – 2 szklanki. Smaży się powoli dalej,
mieszając, żeby masa się nie przypaliła, kolor zmienia się na
pięknie karmelowy, a dżem gęstnieje. Dodałam szczyptę cynamonu i
pół cytryny pokrojonej na kawałki, którą przy końcu smażenia
wyjęłam. Żeby nie męczyć się za bardzo z obieraniem, można
pigwy podpiec w piekarniku aż będą miękkie.
Gotowy
dżem można nakładać do wyparzonych słoików, (albo raczej -
słoika) a jeśli miało się mnóstwo czasu i cierpliwości stał
się bardzo gęsty i można go rozsmarować na grubość 1,5 cm, a po
wystudzeniu pokroić na kwadraty – da się przechowywać w lodówce
ok. miesiąca i jest świetnym składnikiem „koreczków”.
Tagi: dżem, śniadanie, słodkie, przetwory, podwieczorek, pigwa
skomentuj (3)
Scones to angielskie półsłodkie bułeczki podawane na snobistycznych herbatkach, ale tu bardzo popularne w zwykłych piekarniach i na śniadaniowych talerzach. Eksperymentowałam już ze scones czekoladowymi, bakaliowymi i cytrynowymi (ze skórką cytrynową), ale najlepiej sprawdzają się bakaliowe. Najlepiej jeść je gorące, smarując ulubionym dżemem (np. pigwowym) i śmietaną. To klasyka. Ale nam smakują również bez dodatków.
Według
mojej metody, której bazą jest przepis z telewizji, wychodzą dość
zwarte pół-bułeczki, pół-ciastka, ale uwielbiamy je,
szczególnie, że można się bez trudu rozgrzeszyć ze zjedzenia
ogromnej porcji, bo używam mąki razowej. Wiem, złudne.
Do
zrobienia ok. 12 sztuk (5 cm średnicy) potrzeba:
2
szkl. mąki – razowej albo zwykłej (będą pulchniejsze)
100
ml mleka
100
ml dość tłustej, niezbyt kwaśnej śmietany (18%) – z tą
tłustością mam tu problem, bo śmietana light ma ok. 20%
tłuszczu, a zwykła, której najczęściej używam – 37%. I to nie
jest kremówka, tylko kwaśna śmietana. Modyfikuję więc proporcje
mleka i śmietany wg tego, jaką śmietanę mam właśnie w lodówce
1
jajko
2
łyżki cukru
4
płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
2/3
szkl. suszonych owoców – rodzynek, pociętych moreli,
żurawin
Początek jest trochę podobny do przygotowania muffinów - mieszam suche składniki (mąkę, proszek do pieczenia, cukier i bakalie), osobno roztrzepuję jajko i dodaję śmietanę i mleko (w kubku, wtedy nie odmierzam objętości, tylko dodaję „na oko” śmietanę i uzupełniam mlekiem prawie do końca) i wlewam mokre składniki do suchych (warto zostawić odrobinę mokrych do posmarowania wyciętych scones). Konsystencja jest dużo bardziej gęsta, więc najpierw mieszam łyżką, a później wyrabiam rękami, dodając mąki albo mleka jeśli potrzeba. Gdy powstanie zwarta, ale miękka kula, rozwałkowuję ją na omączonym blacie na grubość ok. 2 cm i wycinam szklanką kółka. Smaruję resztką mleczno-jajecznej mieszaniny, rozkładam na blasze wyłożonej pergaminem i piekę 12-15 minut w temperaturze ok. 200 st. To nasz śniadaniowy i podwieczorkowy hit.
Tagi: proste, szybkie, wypieki, śniadanie, słodkie, bakalie, scones, podwieczorek
skomentuj (0)
Żeby
zakończyć wątek rybny - trzeciego dnia przeszłam do wypieków.
Ponieważ przepis na muffiny jest tak cudownie modyfikowalny,
zignorowałam wskazówki ze Zwierciadła i
upiekłam moją wersję babeczek.
Jak
w każdym muffinowym przepisie istotą
jest wymieszanie osobno suchych składników, osobno mokrych, dość
niedbałe połączenie obu zestawów, przełożenie do foremek i
pieczenie – prostota w czystej formie.
na
12 rybnych (lub rybopodobnych) muffinów:
*suche
300
g mąki
2
łyżeczki proszku do pieczenia
½
łyżeczki soli
1
łyżka suszonych ziół
*mokre
2
roztrzepane widelcem jajka
150-200
g posiekanych drobno paluszków surimi albo mięsa krabów (może być
mniej)
1
szkl. mleka
3
łyżki oliwy
połączyć – przełożyć do foremek – piec ok. 25-30 minut w temperaturze 180-200 st. - GOTOWE
Tagi: proste, muffiny, wypieki, surimi, podwieczorek
skomentuj (0)
Od
dawna miałam już ochotę na wypróbowanie tego
południowoamerykańskiego sposobu na rybę, o którym przeczytałam
wieki temu w Wysokich Obcasach (przepisy Agnieszki Kręglickiej,
często modyfikowane, są podstawą mojego gotowania) i nasz rybny
tydzień świetnie się do tego nadaje.
Podobno
jest to danie narodowe Ekwadorczyków, Peruwiańczyków i Meksykanów
i ma swoje wersje narodowe oraz, jak to zazwyczaj bywa z klasykami
(patrz: bigos), domowe - każdy z poczuciem nieomylności twierdzi,
że wie jaki jest jedyny słuszny sposób ich przyrządzania.
Zasadą
jest marynowanie kawałków ryby lub owoców morza w soku z cytrusów
(limonki to klasyka, ale cytryna, pomarańcze i grejpfruty działają
tak samo) – kwaśny sos zabija szkodliwe mikroorganizmy i ścina
białko. Do ceviche nadają się świeże i mrożone ryby, czas
marynowania zależy od wielkości kawałków i gatunku, więc
najlepiej kierować się wyglądem – mięso z
różowawo-przezroczystego staje się białe. Po zimnym „ugotowaniu”
dodaje się resztę składników sałatki – cebulę, chilli albo
jalapeño, warzywa (paprykę, pomidory, awokado, ogórek),
zieleninę, owoce (melon, mango) i na koniec doprawia odrobiną
oliwy.
A
to nasza wersja, którą pochłonęliśmy na pierwsze i drugie
śniadanie
300-400
g ryby (u nas znowu hoki czyli błękitny grenadier)
sok
z 3 cytryn i 2 pomarańczy (ok. 300 ml)
starta
skórka z 1 cytryny
pół
pęczka kolendry (albo pietruszki)
1
pomidor
1
awokado – niezbyt miękkie, ale bez obaw – w Polsce chyba nie da
się kupić naprawdę miękkiego awokado
pół
cebuli
sól,
pieprz, szczypta kruszonego chilli, oliwa
Rybę
pokrojoną w kawałki podobnej wielkości zalałam sokiem ze skórkami
cytrynowymi, tak żeby ryba była w całości przykryta, posoliłam i
wstawiłam na noc do lodówki (choć powinno wystarczyć 6 godzin).
Warto całość co jakiś czas przemieszać i z tego powodu
marynowanie w ciągu dnia jest sensowniejsze, ale żeby zjeść
ceviche na śniadanie, pozostaje noc.
Rano
odlałam sok, nazywany leche de tigre i wypijany przez
smakoszy, jednym z których okazał się (d), dodałam posiekaną
drobno cebulę, chilli, pokrojone w kawałki pomidory i awokado,
posiekaną kolendrę i po wymieszaniu i nałożeniu do miseczek
doprawiłam solą, pieprzem i oliwą.
Zaczęłam z nieufnością, ale
sałatka okazała się przepyszna – rybny smak nie był zbyt
dominujący, a połączenie cytrusowej kwaśności z pikantnym chilli
– hmmmm ...
Tagi: sałatka, ryba, przekąska, ceviche
skomentuj (0)
Dawno
nie jedliśmy ryb, a ponieważ w świeżutkim wydaniu Zwierciadła
znalazłam kilka rybnych przepisów, zaszaleliśmy i zainicjowaliśmy
rybny tydzień. Po ustaleniu menu na kilka najbliższych dni i zrobieniu
zakupów, zaryzykowałam moje kulinarne dobre imię i odważyłam się
wspiąć na jeden poziom wyżej.
*na
6 rybnych roladek potrzeba:
300
g filetów z białej ryby (oryginalnie był sandacz, ale tu
łatwiejszy do kupienia jest właśnie grenadier)
kilka
plastrów wędzonej szynki lub cienko pokrojonego wędzonego boczku
pół
cytryny
kilka
gałązek ziół – tymianku, szałwii lub kolendry
sól,
pieprz
1
łyżka masła
*na
sos
100
ml gęstej śmietany – ja użyłam kwaśnej, ale może być też
słodka
150
ml białego wina
kilka
szczypiorkowych ździebeł (łodyg? pędów?)
Pocięłam
filety w dość cienkie plastry wielkością odpowiadające plastrom
boczku, a właściwie nieco mniejsze, przyprawiłam solą i pieprzem
(bez przesady, bo boczek jest słony). Każdy filet ułożyłam na
plastrze wędliny, na nim dwa cienkie plasterki cytryny (ze skórką)
oraz zioła i zwinęłam spinając wykałaczkami. Roladki obsmażyłam
na maśle ze wszystkich stron - niestety boczek trochę się rozpada,
więc namęczyłam się, żeby wszystko trzymało się razem, pewnie
szynka byłaby lepsza. Następnie dolałam wino i pozwoliłam dusić
się roladom ok. 5 minut, po czym zdjęłam je na chwilę z patelni,
dodałam śmietanę ze szczypiorkiem (jeśli śmietana jest rzadka,
to można przed dodaniem na patelnię wymieszać ją z odrobiną
mąki), wymieszałam wszystko do gładkiej konsystencji i z powrotem
włożyłam ryby. Teraz już tylko sos powinien się trochę
zredukować.
W
tak zwanym międzyczasie ugotowałam ryż – w niewielkiej ilości
osolonej wody (tak aby ją wchłonął) przyprawionej mieszanką
korzenną i wystrugałam cienkie paseczki z marchewek – do tego
dania pasują wyjątkowo proste jarzyny kontrastujące z rybą swoją
chrupkością.
Całość była niewspółmiernie efektowna do wysiłku i czasu włożonego w przygotowanie. Tylko trzeba się odważyć.
Tagi: danie główne, ryba, śmietana, sos, grenadier
skomentuj (1)
Uwielbiam
dynię, ale zawsze do rozpaczy doprowadzało mnie jej obieranie, bo
jest strasznie twarda. Obeszłam problem piekąc ją razem ze skórą
– obiera się dużo łatwiej, ale trzeba uważać, bo ja około
połowy zjadam zanim zamienię ją na - powiedzmy - zupę.
Najprostsza
wersja to po prostu pieczona dynia zamiast ziemniaków do obiadu.
Ok.
kilograma dyni (ja kupuje po prostu kawał, który na oko wydaje mi
się odpowiedni), myję, kroję na dość cienkie półksiężyce (to
najcięższe zadanie, przydaje się bardzo ostry i duży nóż, albo
silny mężczyzna), mniejszym nożem wykrawam miąższ z pestkami,
kładę na blasze, smaruję oliwą, posypuje solą i pieprzem i po
30-40 minutach pieczenia w temperaturze ok. 180 stopni – dynia
gotowa.
Żeby
nie marnować za dużo cennej energii cieplnej, w tym samym czasie piekę czasem
ziemniaki w plasterkach (wkładam do piekarnika surowe) i paprykę
(dokładam później, żeby się nie przypaliła). Dla aromatu na
blachę dorzucam kilka ząbków czosnku w łupinkach – nie pali się
i nie smakuje zbyt intensywnie.
Takie plastry dyni wyglądają na talerzu niesamowicie kolorowo. A skórkę odkrawamy na talerzu – banalnie proste.
Tagi: danie główne, dynia
skomentuj (0)